Marek Szymaniak, „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”

Przez długi czas unikałam tematu małych i średnich polskich miast– nie chcąc znowu przeżyć tego rozczarowania, co przy „Mieście Archipelagu” Filipa Springera, nie czytałam ani Gitkiewicz, ani Trammera, ani żadnego innego reportażu z szarą Polską na okładce; szerokim łukiem omijałam bijące na alarm teksty Krytyki Politycznej, Magazynu Kontakt i Klubu Jagiellońskiego; nie obchodziły mnie nawet badania z Miastka i mapy, na których zawsze widać rozbiory. To wszystko nadal było chyba zbyt świeże – zdałam sobie sprawę z tego dopiero, gdy przeczytałam „Zapaść” Marka Szymaniaka.

Szymaniak stworzył katalog klęsk, z którymi zmagają się polskie mniejsze miasta. Skupia się na tych maksymalnie kilkudziesięciotysięcznych, ale problemy, o których pisze, dotyczą też większych miejsc – właściwie pewnie większości poza miastami wojewódzkimi. Cały reportaż to pieśń o znikaniu: upadają fabryki, wyjeżdżają ludzie, brakuje miejsc pracy, dróg dojazdowych, szpitali, kultury i nadziei na zmianę. Tęsknota za czasami PRL, tak bezlitośnie wykpiwana lub odrzucana gdziekolwiek indziej, tutaj wypowiadana jest z pełną powagą i faktycznie odczuwana: nie za ustrojem, tylko za miejscowymi fabrykami, które organizowały życie miasta i sprawiały, że ludzie czuli się na miejscu. Refren o wyjeżdżaniu i zostawaniu, decyzjach o emigracji (nie ma znaczenia, czy do Warszawy, czy do Londynu),  ciężarze wiecznego wykorzenienia i trudnych powrotach ciągnie się przez książkę – świetnie, że właśnie od tego zaczyna się reportaż, bo bardzo dobrze nadaje ramy pozostałym rozdziałom. Jak i po co żyć w mieście, które nikogo nie obchodzi i w którym nic nie ma: ani pracy, ani mieszkań, ani nawet czystego powietrza?

Wciąż to pamiętam: w 2008, a więc ostatnim roku mojego życia w mieście urodzenia, nie działało jedyne kino ani teatr, zamknięte na wieczny remont były dwa jedyne baseny, filmy (głównie stare lub słabe polskie komedie romantyczne, do dziś pamiętam walentynkowy seans absolutnie żenującego „Jeszcze raz”) od czasu do czasu puszczano na nadmuchiwanym ekranie w auli szkoły muzycznej. Najfajniejsze chłopaki w piątkowe wieczory grały qusi-black metalowe koncerty w domu kultury, a w niedzielne poranki śpiewały „Ave Maria” w katedralnym chórze chłopięcym – umożliwiał to różnorodny katalog zajęć pozalekcyjnych. To zresztą tylko dzięki temu chórowi do miasta przyjechał prawdziwy Anglik, w dodatku anglista, i miałam od kogo uczyć się języka na dobrym poziomie. W akcie desperacji z grupą koleżanek same zorganizowałyśmy zajęcia taneczne (ach, te znajome z mojego warszawskiego liceum narzekające, że musiały chodzić na balet już od przedszkola!).

Centrum miasta wieczorami wymierało: nie było kawiarni, bo nikomu by nie przyszło do głowy, że można by do nich chodzić; restauracje obsługiwały głównie imprezy okolicznościowe (chrzciny, komunie, wesela) lub serwowały nieśmiertelne capriciosy z rozwodnionym sosem czosnkowym, które do dziś kojarzą mi się z końcem roku szkolnego. Dominowały określone gusta i smaki: na przykład polskie reggae, co roku goszczone na miejskim festiwalu, uchodziło za bardzo dobrą, prawdziwą muzykę. We wczesnej podstawówce fajne dzieciaki zapraszały na urodziny do salki dla dzieci w nowo otwartym McDonaldzie. Wśród koleżanek miałam przynajmniej trzy Kariny, dwie Mariki i kilka Andżelik – moje drugie imię każdorazowo budziło sensację, konsternację i śmiech. Franków, Staśków, Ryśków i Hań z szacownych warszawskich rodzin jeszcze wówczas nie znałam.

Kalendarz świecki i rzymskokatolicki przenikały się ze sobą w sposób, którego nie widziałam w Warszawie, nawet obserwując znajomych związanych z KIK czy dominikanami: od obowiązkowych rekolekcji aż po miejskie festyny. Innych religii w tym świecie nie było – Cmentarz Prawosławny czy ulica Synagogalna pozostawały tylko punktami na mapie. (Jeżeli jednej rzeczy mi brakuje w książce Szymaniaka, to poruszenia wątku roli księży w mniejszych miastach – chociaż ten wątek uzupełnia wspaniale napisany rozdział o mniejszościach).

Sto kilometrów dzielące od Warszawy można było pokonać trzygodzinną podróżą pociągiem (przez Kutno), dwugodzinną samochodem (o ile czyiś rodzice akurat jechali), względnie jednym z kilku paskudnych piętnastoosobowych busików, w których zdobycie miejsca bez wcześniejszej rezerwacji graniczyło z cudem (pamiętam wieczorne kursy z pasażerami jadącymi na stojąco). A wyjazd do Warszawy załatwiał wszystko: wizytę u dobrego okulisty, wyjście do teatru (na wyjazdach klasowych zapoznawaliśmy się głównie z ofertą musicalową Romy lub Buffo), wycieczkę do muzeum (za każdym razem: Narodowe, Łazienki, Wilanów), zakupy odzieżowe (czas wolny w centrum handlowym „Arkadia” był warunkiem koniecznym każdej szkolnej wycieczki; asortyment młodzieżowy w moim mieście bardzo długo ograniczał się do Orsay usytuowanego w kącie hipermarketu) i kulturalno-edukacyjne (wracałam zawsze z książkami literaturoznawczymi i anglojęzycznymi, bo w mieście nigdzie nie dało się kupić). Na konkurs z WOS-u przeprowadziłam w szkole ankietę, kto planuje wyjechać w przyszłości: chcieli prawie wszyscy.

I to wszystko w mieście, które nawet do „Zapaści”, o której pisze Szymaniak, się nie zalicza: jest dużo większe, główny pracodawca nadal działa (rafinerii w końcu tak łatwo się nie zamknie), szpitale i szkoły są na miejscu; miasto samo zasysa przyjezdnych z okolicznych miejscowości i wiele osób przyjeżdża do przylicealnych internatów.

Szymaniak nie wskazuje bezpośrednich winnych kryzysu, ale najgorzej w książce wypadają władze samorządowe. Historie o udawanych budżetach obywatelskich, rewitalizacjach prowadzonych bez konsultacji z mieszkańcami, gigantycznych, nietrafionych inwestycjach i uwłaszczaniu urzędów powtarzają się codziennie – świetnie pokazuje to rozdział o lokalnej prasie (znowu wspomnienia: pierwszą prasową nagonkę na bliską osobę obserwowałam właśnie dzięki miejscowemu dziennikowi i internetowemu forum). Historia z burmistrzem, który oferował w oficjalnym piśmie pracę w żłobku żonie dziennikarza, przypomniała mi o bardzo ciekawym reportażu z „Pisma” autorstwa Andrzeja Andrysiaka – o tym, jak w najmniejszych miejscowościach w Polsce, w których sektor publiczny jest największym pracodawcą, lokalni politycy wykorzystują swoje wpływy do utrwalania sieci powiązań i zapewniania sobie poparcia politycznego w wyborach. Bardzo bym chciała, żeby powstała oddzielna książka (i niech nawet ją napisze Szymaniak), ale o realiach polityki i prawa w małych miastach – bez zrozumienia logiki lokalnych układów i opacznego pojmowania decentralizacji nie zrozumie się kryzysu rządów prawa na szczeblu centralnym.

Wydźwięk książki Szymaniaka jest pesymistyczny, ale w każdym wątku pojawia się jakiś promyczek nadziei: jest aktywistka, która walczy o prawa mniejszości;  grupa sąsiadów, którzy protestują przeciwko zamknięciu szpitala; właściciel domu, który wymienia kopciucha i angażuje się w walkę o dobre powietrze; założyciele spółdzielni mieszkaniowej. Są przykłady polityk, które próbują rozwiązać powstałe problemy – czasem bardziej skutecznie, czasem mniej, ale w każdym razie – nikt już nie  zaprzecza, że zapaść nie istnieje, ani nie twierdzi, że mieszkańcy sami sobie są winni tego, że pochodzą z miejsca, które zostało zapomniane przez transformację.

Od czasu mojej wyprowadzki minęło trzynaście lat i trzeba przyznać, że chyba przyniosło dobre rzeczy: miejsca kultury wróciły, rewitalizacja nadwiślańskiej skarpy nie polegała na wycince wszystkich drzew w okolicy (a jest ona w istocie przepiękna, warszawskie bulwary się mogą schować – nigdzie się nie czuje Wisły tak bardzo jak tutaj), są ścieżki rowerowe, a okoliczna młodzież nie musi już chodzić na wagary do McDonalda, tylko korzysta z bogatej oferty aż trzech czy czterech centrów handlowych (które sprawiły co prawda, że dawna główna ulica handlowa wymarła). Nie kwestionując tych zmian na lepsze – „Zapaść” przypomniała mi moje dzieciństwo bardziej, niż cokolwiek innego, co ostatnio czytałam.

MM

Marek Szymaniak, Zapaść. Reportaże z mniejszych miast, Wydawnictwo Czarne 2021.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s